rowerzysta

Ten wpis jest zestawem dwóch krótkich list. Na jednej wynotowałem rzeczy, które po podjęciu pracy na własny rachunek stały się łatwiejsze. Na drugiej zapisałem te drugie.

Temat pieniędzy nie został całkowicie pominięty.

Lista rzeczy, w których pójście w indie pomogło, jest następująca:

  1. Świat jest najpiękniejszy w godzinach biurowych. Teraz, godziny biurowe są moimi godzinami pobytu w domu, mogę po prostu wstać i pójść na spacer, gdy mam na to ochotę.
  2. Ponieważ nie nastawiam budzika, tylko budzę się, kiedy ciało uzna za stosowne, osiągam pełną przytomność w pięć minut, a nie w dwie godziny. Gdy dodamy do tego dwie godziny dziennie zaoszczędzone na dojazdach, mój dzień okazuje się znacznie dłuższy niż kiedyś.
  3. Nikt nie zawraca mi głowy co piętnaście minut, więc wreszcie mogę się skupić.
  4. Nikt nie przychodzi z Bardzo Ważnymi Prośbami Na Wczoraj, więc nowe zadania lądują na końcu listy, a nie na początku i dzięki temu w końcu rzeczy są zrobione, a nie rozgrzebane. Nie ma czcionki dość grubej, by oddać, jakie to jest ważne.
  5. Praca w trybie indie wymaga bardziej zróżnicowanej aktywności, na przykład obok programowania i projektowania zajmuję się swoją stroną WWW, kontaktami z podwykonawcami i różnymi biznesowymi drobiazgami. Dzięki temu robię w ciągu dnia więcej, męcząc się mniej, bo używam na zmianę różnych części umysłu, a nie ciągle tej samej.
  6. Mniej więcej w połowie dnia przychodzi moment, gdy muszę oderwać się od pracy na godzinę lub dwie i ugotować obiad. Nie tylko pozwala mi to odpocząć od trudnego problemu, ale też w trakcie gotowania przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły.
  7. Mam błogie poczucie, że robię tylko to, na czym naprawdę mi zależy.
  8. Nie ma polityki. Sprawy są załatwione od ręki, a nie – z półrocznym poślizgiem, jeśli w ogóle.
  9. Nie jestem schowany za korporacyjną kurtyną. Rozmawiam bezpośrednio z odbiorcami i z innymi autorami i nikt nie wpada w panikę, że zdradzam firmowe tajemnice.

Jest też kilka rzeczy, które po zmianie trybu pracy stały się bardziej kłopotliwe lub po prostu pojawiły się w mojej pracy i okazały się trudne:

  1. Muszę bardziej pilnować zegarka, ponieważ nie mam ustalonego rytmu dziennego. Gdy wybija 18 (czy też, w moim przypadku, 21), nie orientuję się, że czas do domu, bo biuro pustoszeje. Potem okazuje się, że pracowałem 12 godzin. Po trzech dniach takiego funkcjonowania jestem przemęczony i muszę robić sobie dodatkowe wolne. To się nie opłaca.
  2. Wszyscy współpracownicy są daleko. Nie mogę po prostu podejść i zapytać o coś.
  3. Członkowie mojego zespołu sami do mnie przychodzili i wyrażali zdanie. Teraz, jeśli chcę skonfrontować jakiś pomysł czy wynik z rzeczywistością, muszę nagabywać znajomych. To mi nie wychodzi, bo jest zbyt krępujące.
  4. Jeśli coś mi nie wychodzi, to nie mam kogo poprosić o radę.

Nie wspomniałem jeszcze o pieniądzach, mimo że obiecałem. Kwestię pieniędzy widzę tak, że bez względu na to, czy się pracuje dla siebie, czy dla kogoś, koniec końców biznes może się nie udać i wtedy nagle nie mamy z czego żyć. Różnica między działalnością jedno- a stuosobową polega tylko na tym, że jeśli stuosobowa firma przez rok nic nie sprzeda, to kłopot ma sto osób na raz, a nie tylko jedna. I jako pracownicy, i jako wspólnicy mamy o co się martwić, ale tylko w jednym z tych przypadków mamy na kogo przerzucić odpowiedzialność. Mi takie sztuczki nie są potrzebne, dlatego kwestia pieniędzy okazała się dla mnie zupełnie przezroczysta. Być może jestem nieco zblazowany, bo zmieniałem pracę już z osiem razy. Myśl, że i tę być może będę musiał porzucić, jest mało absorbująca.