Smutne skutki przesady, o których była mowa w artykule o „Knytt Stories”, przypomniały mi o Gościu z Tamburynem.

Zetknąłem się z nim przy okazji Postmodern Jukebox, jednego z tych fantastycznych przedsięwzięć, które mogły zaistnieć tylko dzięki internetowej dystrybucji wideo w rodzaju YouTube. Zespół publikuje nowe materiały raz na tydzień, ale Gość z Tamburynem pojawia się tylko czasami – i w tym właśnie rzecz.

Postmodern Jukebox ubóstwiam, ponieważ grają i śpiewają znakomicie, stosują doskonałą ale stosunkowo rzadko spotykaną nutę, a przy okazji zmieniają muzykę prostacką w niemalże wyszukaną. Na to nakładają cieniutką warstwę rozbrajającej ironii, tj. można całe przedsięwzięcie traktować najzupełniej poważnie, ale umówmy się, że nie zawsze jest to łatwe:

Rapująca kapela klezmerska wykonująca sprośną piosenkę o podróżującej po świecie lesbijce-podrywaczce. Z tekstem w Jidysz. To jest dobre na tak wielu poziomach, że nie mogę wyjść z podziwu.

Podoba mi się również to, że muzycy przy okazji popularyzują nieco trudniejszą muzykę, taką jak jazz, ale jej nie hipsteryzują. To nie jest oferta dla wybranych, tylko dla każdego.

Postmodern Jukebox jest bardziej programem artystycznym niż zespołem, ponieważ przewija się przezeń sporo ludzi. Samych wokalistów naliczyłem jedenaścioro. Animator całego przedsięwzięcia najwyraźniej korzysta z okazji, żeby polansować swoich znajomych, na czym korzysta i on, i oni, i słuchacze. Ze wszystkich trzech punktów widzenia udział Gościa z Tamburynem wydaje się nieunikniony.

Nie będę Gościa z Tamburynem sprowadzał do nieoddających istoty rzeczy słów. Zamiast tego po prostu podrzucę linka:

Jest niezawodny. Zawsze poprawia mi humor. Uwalnia z okowów ironii i sarkazmu. Jest całkowicie odporny na trolle, parodie, szyderę. Proszę, spróbujcie, możecie nabijać się w komciach ile chcecie, ale mnie to nie rusza i Gościa z Taburynem też.

Komcie na YouTube są oczywiście pełne rozentuzjazmowanych fanów. Chcemy więcej Gościa z Tamburynem! – wołają. Znakomicie ich rozumiem.

Ale Gość z Tamburynem pojawia się tylko sporadycznie i tylko gdy jest w piosence miejsce na jego tamburyn. Nigdy nie jest nieproszonym gościem. Dobrze wie, że gdyby wciskał się wszędzie, rozsadziłby przedsięwzięcie. Czy moglibyśmy wyobrazić go sobie w tym kawałku?

No chyba jednak nie. To jest oczywiste. Gość z Tamburynem jest huraganem ekspresji i nawet on to wie.
Chciałbym widzieć więcej tego umiaru w grach.