skala

Mój wymarzony dzień pracy wygląda tak: wstaję w miarę wcześnie, jem śniadanie, robię zakupy. Pracuję kilka godzin, gotuję i jem obiad, odpowiadam na maile. Znowu pracuję kilka godzin, jem kolację, trochę klikam społecznościówki, trochę gram lub czytam. Idę spać zadowolony z dobrze spędzonego dnia.

Jednak często mój dzień pracy wygląda tak: wstaję później niż bym chciał, jem śniadanie, robię zakupy. Przez kilka godzin zabieram się do roboty, na obiad jem byle co. Potem pracuję przez kilka godzin, albo i to nie, jem kolację i przypominam sobie, że miałem odpisać na maile. Denerwuję się, że za mało zrobiłem, więc trochę gram na rozluźnienie, bo czytać już nie mam siły. Robi się bardzo późno, idę spać sfrustrowany.

A wszystko przez piątki w szkole.

Leni jest mniej niż się wydaje

Pewną uczennicę wyciągałem kiedyś z jedynek z matematyki. Miała spore opóźnienie i zdążyła już dwa razy nie zdać do następnej klasy. Jednak od pierwszej lekcji było oczywiste, że to osoba zdrowa, inteligentna, a przy tym doskonale operująca językiem i konwenansem. Matematykę była w stanie ogarnąć, ale nie była w stanie się jej uczyć, ponieważ się jej bała. Doświadczenia szkolne nauczyły ją, że jest tłumokiem i nigdy, przenigdy nie zrozumie pewnych rzeczy. Jej własne mechanizmy obronne nauczyły ją wymigiwania się i racjonalizowania: po co mi matematyka, przecież mogę zostać modelką.

W mniejszej skali przez podobny proces przeszła większość z nas. Prawie każdy uczeń jest „tłumokiem” z czegoś. Być może w pierwszej klasie nie zrozumiał lekcji od razu i jakiś dorosły miał o to niepotrzebne pretensje. Być może zrozumiał coś nie do końca, więc następnym razem zrozumiał nie do końca trochę bardziej, dlatego następnym razem dostał tylko trójkę, zaległości stopniowo powiększały się i powiększały, a uczeń czuł coraz większy dyskomfort. Ponieważ sam czasem uczę innych, wiem, jak łatwo powiedzieć coś w taki sposób, że nie zostajemy zrozumiani. Reakcją odruchową, lecz nieprawidłową jest frustracja. Mniej umiejętni nauczyciele okazują ją uczniom, którzy w odpowiedzi wypracowują mechanizmy obronne, nie zawsze zdrowe.

Wiele z nich polega na unikaniu. Unik bardzo trudno odróżnić od lenistwa, tym bardziej że „nie chce mi się” jest mniej upokarzającym wytłumaczeniem niż „boję się”. Ludzie wolą już być „leniami” niż „nieudacznikami” czy „tchórzami”, bo lenistwo uchodzi za wybór życiowy, podczas gdy tchórzostwo traktujemy jak cechę wrodzoną. Miałem kiedyś współpracownika, który tak bardzo nawykł do roli „tłumoka”, że potrafił na głos i szczerze twierdzić, że nie rozumie czegoś, co ewidentnie rozumiał tylko on. Prosił, żeby powiedzieć mu, „jak ma to zrobić” nawet gdy sam wiedział najlepiej.

Mało kto dostaje piątki ze wszystkiego. Jesteśmy karani za brak rezultatów również tam, gdzie nie jesteśmy im winni. W ten sposób od dzieciństwa wpaja się nam lęk przed rzeczami „trudnymi”, na których można się potknąć i utracić nad nimi kontrolę. Mniejsze pretensje o to mam do szkoły, która nie dysponuje zasobami pozwalającymi na indywidualne pochylanie się nad każdym uczniem (a szkoda). Znacznie bardziej mam za złe rodzicom, których reakcje na jedynki lądują w przedziale między załamaniem rąk a laniem.

Piątki od góry do dołu

Przez całą szkolną karierę dostałem trzy (cząstkowe) oceny niedostateczne i pamiętam je dużo lepiej niż bym chciał. Dwie z nich wynikły z przygód nie należących do zagadnienia, za to trzecia nam się przyda.

Była to moja jedyna zasłużona jedynka. W trzeciej klasie czteroletniego liceum zostałem wezwany do zupełnie zwyczajnej odpowiedzi z fizyki i byłem do niej zupełnie zwyczajnie nieprzygotowany. Nauczycielka najwyraźniej nie została wdrożona w zmowę swoich koleżanek polegającą na tym, że mnie do ustnych odpowiedzi nie wzywano. Pod tablicą robiłem najdziwniejsze rzeczy, począwszy od jąkania się, poprzez histeryczne żarty zupełnie nie na miejscu, a skończywszy na utracie głosu. Nauczycielki wolały oszczędzić tego i sobie, i mi, bo było wiadomo, że klasówkę pewnie napiszę bezbłędnie.

Na maturze miałem dwie piątki, trzy szóstki i świadectwo z najlepszą średnią w roczniku. Pierwszego własnego peceta kupiłem za stypendium od premiera przyznawane prymusom. Gdy pewnego roku w podstawówce zapisałem się (niezupełnie z własnej woli) na sześć olimpiad na raz, ludzie nawet się nie dziwili. W liceum ciągle zapominałem odrobić pracę domową, więc opanowałem sztukę nadrabiania tego w locie, na przerwie. Przez dwanaście lat ciągnęła się za mną reputacja miejscowego geniusza.

Jakim cudem miejscowy geniusz może odczuwać paraliżujący lęk na myśl o odpowiedzi przy tablicy? Takim, że w Polsce oceny na świadectwie wpływają na to, co się słyszy od otoczenia, ale zupełnie nie tak, jak by się można spodziewać. Lokalny „tłumok” za jedynki jest rugany, za dwójki słyszy, że „no tak, oczywiście”, a trójki jest chwalony, że się „tym razem postarał”, a czwórki to święto. Mój cennik był przesunięty: szóstki były niczym szczególnym, przy piątkach „mogłem postarać się bardziej”, za czwórki słuchałem tyrad o lekceważeniu obowiązków, a sporadyczne trójki skutkowały awanturą połączoną z pogróżkami, że rodzice wcale nie muszą mnie utrzymywać. W drugiej klasie liceum szło mi trochę gorzej, jechałem głównie na czwórkach, co skłoniło kilka moich nauczycielek do interwencyjnych rozmów na osobności: „Jacek, weź się w garść”.

Im lepsze miałem stopnie, tym lepszy musiałem być. W podstawówce zdarzyło mi się na przykład, że na zadane przy klasie pytanie udzieliłem odpowiedzi, która zdaniem nauczycielki była błędna. Nauczycielka była tym faktem bardzo rozbawiona, a klasa śmiała się razem z nią. Ostatecznie wygrałem, bo podręcznik przedmiotu był po mojej stronie, ale to tylko podniosło stawkę w grze pod tytułem „A nuż tym razem się pomyli”.

Groza piątki z minusem

W takim podejściu nawet „geniusz” jest „tłumokiem”. Jeżeli poprzeczka przesuwa się zależnie od osiągnięć, to najlepszym możliwym stanem jest: „upiekło ci się, możesz żyć dalej – do następnego wyzwania”. Im lepiej nam idzie, tym bardziej kurczy się prawo do błędu. Praktyczną ilustracją tej zasady jest niedawna passa znanego piłkarza, który w jednym meczu strzelił pięć goli, a w następnym już „tylko” trzy, na co ludzie żartowali, że się nie postarał. Tak naprawdę wszyscy dobrze wiemy, że to znakomity fachowiec, ale żart jest dla nas przecież doskonale zrozumiały.

W moim przypadku praktyczną konsekwencją syndromu prymusa jest spadek wydajności o 20 do 80 procent, zależnie od pory roku, stanu zdrowia i stopnia „trudności” zadania. Do dziś dostaję dreszczy na myśl o przeczytaniu własnego tekstu z naniesionymi poprawkami redaktorskimi, bo to za bardzo przypomina klasówkę. Do harmonogramu każdej części „Inżynierii gier” doliczam po dwa dni na „zabieranie się do roboty”. Lęk przed piątką z minusem jest głównym powodem, dlaczego w ciągu piętnastu lat opublikowałem kilkaset felietonów, ale tylko jedno opowiadanie. Felietonów się nie boję, bo zawsze dostawałem za nie fajne rzeczy: publiczne pochwały od nauczycielek, a później od rówieśników, zwolnienie z egzaminu wstępnego z polskiego, a nawet ofertę pracy w czasopiśmie. Pomysłów na opowiadania mam całą szufladę, ale stworzenie dzieła nie dosyć doskonałego otwiera perspektywę publicznego upokorzenia. Nie ma różnicy między piątką z minusem a jedynką.

Wszyscy jesteśmy geniuszami

Obiektywnie z jednymi rzeczami radzimy sobie lepiej, z innymi gorzej i można bez końca rozwodzić się nad naszymi sukcesami i porażkami. Subiektywnie sprawa jest znacznie prostsza: wolimy myśleć o sobie dobrze. Obietnica dobrego samopoczucia jest jedną z najsilniejszych motywacji do pracy. U większości ludzi samopoczucie przynajmniej częściowo opiera się na tym, jak ich postrzegają inni.

Funkcjonuje w Polsce bardzo szkodliwa koncepcja radości niewspółmiernej do sukcesu. Opiera się na mylnym przekonaniu, że źródła radości są obiektywnie mierzalne, na przykład zwycięstwo w mistrzostwach świata w piłce nożnej jest „większym” sukcesem niż drugie miejsce w lidze osiedlowej i dlatego zasługuje na większą radość. Koncepcja błędnie podpowiada nam, że jeśli ktoś bardzo cieszy się z „małego” zwycięstwa, to znaczy, że zawyża swój talent, umiejętności lub wysiłek. Radość staje się synonimem arogancji. Odruchem wielu ludzi jest „ucieranie nosa”: nie jesteś taki fajny jak ci się wydaje.

Faktycznym źródłem radości jest to, jak bardzo zależy nam na sukcesie. Czasami przywiązujemy dużą wagę do rzeczy symbolicznych, takich jak wygrana w komputerowym symulatorze piłki nożnej – i to jest zupełnie w porządku.

Na tej podstawie jedną rzecz chciałbym Czytelnikom odradzić, a do innej zachęcić. Rzeczą, którą odradzam, jest unieważnianie sukcesów, takie jak:

  • Co prawda drużyna awansowała do finałów mistrzostw, ale taką grupę każdy głupi by wygrał.
  • Sprzedali sto tysięcy kopii swojej gry, ale to wcale nie jest dużo, bo są gry, które sprzedają dziesięć milionów.
  • Ten rysunek wcale nie jest taki dobry. O, tutaj perspektywa się nie zgadza.
  • No w sumie udało jej się, ale fartem.
  • No może i dobrze się ogląda, ale to przecież dla pieniędzy robione.
  • Dostałeś czwórkę, ale stać cię na więcej.

Słowem kluczowym jest „ale”. Jego funkcją w powyższych sformułowaniach jest unieważnianie tego, co stoi przed nim. W sensie emocjonalnym równie dobrze można sobie darować i powiedzieć tylko drugą połowę zdania. A kiedy mówimy coś takiego komuś, kto się cieszy, przekazujemy mu, że jego sukces nie istnieje: „A figę, wcale ci się nie udało. Twój wysiłek był niepotrzebny. Marnujesz czas”.

Nie da się unieważnić sukcesu tylko trochę, dlatego czas radości nie jest czasem rozliczeń. Jeżeli chcemy komuś poradzić, że może zrobić coś lepiej, mówimy o tym osobno.

Rzeczą, do której zachęcam, jest wyrażanie na głos pozytywnych myśli. Nie chodzi o to, żeby komuś schlebiać, lecz o to, żeby to, co faktycznie uważamy, dotarło do niego. Absolutnie nie należy kłamać. Motywacją do dalszego wysiłku często jest już fakt, że rezultat został zauważony. Jeżeli oprócz zainteresowania wyrazimy życzliwość, to damy do zrozumienia, że rezultat ma dla nas wartość lub potencjał. W ten sposób pomagamy innym wykorzystać niedoskonałość ludzkiego mózgu polegającą na tym, że „nagrody” drobne lub symboliczne, ale za to natychmiastowe, oddziałują silnej niż korzyści znaczne i namacalne, ale oddalone w czasie.

Nie warto w podobny sposób wyrażać krytyki, dlatego że osoba, z którą rozmawiamy, jest swoim własnym najsurowszym recenzentem. W większości przypadków nie mamy jej do powiedzenia niczego, czego sama by nie wiedziała. Jeżeli dojdzie do wniosku, że przyda jej się świeże spojrzenie, to sama zapyta nas o zdanie – ale tylko jeśli będzie czuć się z tym pytaniem bezpiecznie. Wspierając ją dajemy jej takie wrażenie w prezencie.

Zakończę ten wpis ziewnięciem. Co prawda zacząłem go pisać dopiero o szóstej po południu, ale jest już pierwsza w nocy, więc chyba mogę uznać dzień za udany. Jutro znowu obudzę się za późno, ale za to w dobrym nastroju.