skala

Projekty łapią opóźnienia z różnych powodów. Małe przedsięwzięcia są podatne na wypadki losowe: ktoś zachorował, komuś brakowało weny, komuś wybuchł piecyk. Im większa gra, tym bardziej takie sytuacje się uśredniają, dzięki czemu łatwiej je ogarnąć. Za to rośnie komplikacja samego przedsięwzięcia. Łatwiej o pomyłkę, przez którą sprawy wymkną się spod kontroli.

„Inżynieria gier” należy do pierwszej kategorii, a czynnikiem losowym, który stanął na jej drodze, okazała się polityka.

Wróżenie z fusów

Plan był realistyczny. W sierpniu kończy się kampania, a my załatwiamy formalności i trochę odpoczywamy. We wrześniu rozsyłamy nagrody, a ja piszę piątą część książki. W październiku piszę części szóstą i siódmą. W listopadzie – ósmą i dziewiątą. W grudniu – dziesiątą. Planowany czas pisania jednej części: dwa tygodnie. Każdą z nich trzeba jeszcze zredagować, opatrzyć ilustracjami i złożyć, dlatego docierają one do czytelników z dwutygodniowym poślizgiem.

W takim przedsięwzięciu niewiele można zepsuć, bo każdy robi coś, na czym się dobrze zna. Chcieliśmy uwinąć się ze wszystkim na święta.

W zarządzaniu przedsięwzięciem bardzo ważne jest śledzenie go na bieżąco i porównywanie faktycznych postępów z założeniami. Jeżeli dopiero po upływie półrocznego terminu zorientuję się, że wykonałem tylko 80% pracy, to będę miał kłopot, bo pozostałe 20% już się nie zmieści. Jeżeli jednak to samo odkryję po zakończeniu dwutygodniowego etapu, to mogę wykonać ekstrapolację cząstkowego rezultatu na całe przedsięwzięcie. O ryzyku opóźnienia dowiaduję się z wyprzedzeniem pięciu i pół miesiąca i dzięki temu mam dużo czasu na podjęcie środków zaradczych. Ten system przede wszystkim wykrywa błędy w prognozach. Wypadków losowych oczywiście nie przewiduje, bo to robota dla jasnowidza. Jego dodatkowym zastosowaniem jest zbieranie danych na przyszłość: wiem, ile zajmuje mi dany typ zadań, bo już to zmierzyłem.

Projekty Inżynierii są małe, więc nie korzystam z wyszukanych narzędzi. Wystarcza mi bardzo prosty grafik, sporządzony na kartce papieru, w którym każdego dnia zapisuję, ile godzin pracowałem i na co je zużyłem. Wiem, że przepracowałem pełny miesiąc roboczy, gdy uzbieram 130 godzin. Co prawda średni miesiąc „etatowy” to 168 godzin, ale w klasycznej pracy biurowej mieści się wiele czynności, których ja nie wliczam, takich jak rozmowy ze współpracownikami. Często na pierwszy rzut oka trudno odróżnić, czy ktoś właśnie ma przerwę na herbatę, bo się zmęczył, bo potrzebuje oderwać się od trudnego zadania, czy dlatego, że odwleka. Nie chce mi się rozstrząsać, które przerwy są produktywne, a które nie, więc je po prostu pomijam.

Jeszcze w lipcu, gdy trwała nasza akcja crowdfundingowa, wynotowałem 138 godzin pracy. Potem zaczęły się kłopoty.

Wymierny koszt hejtu

Pod koniec sierpnia wybuchł kryzys uchodźczy, a mój wycinek Internetu zalała fala nienawiści do cudzoziemców. Nie sądziłem, że mną to wstrząśnie w aż takim stopniu i że później będę musiał się do tego komukolwiek przyznawać. Jednak z faktami nie ma dyskusji: w sierpniu wynotowałem tylko 99 godzin pracy. Nie zmartwiło mnie to, bo przecież i tak miałem odpoczywać. Ale we wrześniu nie wróciłem do formy: 109 godzin pracy.

Ktoś kiedyś obliczy zbiorczy koszt internetowego hejtu dla gospodarki i przerazi się nim.

To doświadczenie przekonało mnie, że dla własnego zdrowia nie mogę pozwalać polityce dziać się gdzieś obok. Uznałem, że stracę mniej czasu, jeżeli zrobię coś konkretnego na miarę moich środków, na przykład napiszę kilka artykułów. W październiku zaangażowałem się trochę w kampanię wyborczą, zakładając, że po wyborach po prostu przestanę czytać wiadomości i zajmę się wyłącznie książką. Na szczęście kampania, nawet tak emocjonująca jak w tym roku, kończy się w ściśle określonym dniu, a potem można wrócić do codziennych spraw.

Niestety codzienne sprawy wykoleiły się ze swych naturalnych torów. Streszczanie bieżącej awantury wydaje mi się zbędne, bo każdy widzi, co się dzieje. W grafiku za listopad mam wpisane 119 godzin.

Dla pełnego obrazu powinienem dodać, że książka nie jest jedynym zadaniem Inżynierii. W moim grafiku oprócz pisania znalazło się też małe zamówienie oraz dwie prezentacje: dla krakowskiej Arteteki i dla Szkoły Twórców Gier. W takich zadaniach mam już sporą wprawę i wiem, że przygotowanie dwugodzinnego spotkania zajmuje mi dwa do trzech dni roboczych. Jednak tym razem każde zajęło mi tydzień. Byłem zbyt zestresowany, by pracować wydajnie.

W rezultacie tych zawirowań piąta część trafiła do Was w październiku, szósta w listopadzie, a siódma trafi w styczniu. Jej rękopis już istnieje. Przed nami redakcja i skład.

Wyjście z korkociągu

W grudniu większość ludzi jest zaabsorbowana świętami i dzięki temu powstaje znacznie mniej szumu. Co roku w tym czasie nadrabiam zaległości. Tym razem udało mi się przygotować materiał do dwóch części książki, czyli pracować zgodnie z pierwotnymi założeniami.

Nasze wewnętrzne oszacowania okazały się trafne: napisanie jednej części zabiera mi dwa tygodnie robocze, a Marek, Kaja, Magda i Aleksander dotrzymują wszystkich terminów. Nie przewidzieliśmy jedynie, że świat wokół nas zwariuje.

Nie chcę przez to powiedzieć, że odrzucamy klientów biznesowych, a jedynie że praca na rzecz społeczności ma dla nas wyższy priorytet.

Warto zapytać, czy studio koncepcyjne na dorobku, takie jak my, powinno w ogóle przejmować się polityką. Sądzę, że to zależy od profilu. Zespoły tworzące nowe Twittery, Facebooki czy Ubery często zanurzają się w całości w świecie rozwiązań technicznych, a od społecznego wymiaru swojej pracy uchylają się. My nie mamy tego luksusu, bo nie tworzymy technologii, lecz przynosimy odbiorcom jej owoce, i to nie pierwsze z brzegu. Gdyby wymiar społeczny naszych działań nas nie interesował, nigdy nie podjęlibyśmy się wydania podręcznika, lecz na przykład oferowalibyśmy tę samą wiedzę jako konsulting. Naszą niszą są przedsięwzięcia „zaangażowane”, po które inni nie chcą lub nie mają odwagi sięgać. Skoro jednak taki jest duch Inżynierii, to musimy angażować się konsekwentnie.

Korzystnym skutkiem ubocznym opóźnienia jest to, że mamy okazję do przedefiniowania projektu. Siódma część książki jest znacznie większa od pozostałych i nie wykluczam, że podzielimy ją na dwie: teoretyczną, opisującą proces powstawania levelu i praktyczną, omawiającą krok po kroku konkretny przykład.

Planowana nowa data wydania całego podręcznika to koniec lutego 2016.